Przed wejściem na walne zebranie SM Nowy Dwór mieszkańcy otrzymywali do ręki gotową listę kandydatów — z wyraźnym nagłówkiem „Głosujemy na kandydatów" i nazwiskami rozpisanymi na obszary. Wystarczyło przepisać. Nie trzeba było nic wiedzieć, nic rozumieć, nikogo znać. Demokracja spółdzielcza na poziomie szkolnej ściągi.
Powyższy obrazek nie jest dowodem na wysoką kulturę demokratyczną naszej spółdzielni. Jest dowodem na jej skuteczną symulację. Kartka, którą widzicie, trafiała w ręce mieszkańców jeszcze przed wejściem na salę obrad — z gotowymi nazwiskami, gotowymi obszarami, gotową instrukcją. Dosłownie: wejdź, głosuj tak jak napisano, wyjdź. Nikt nie musiał nic wiedzieć. I na tym polegał cały trick.
Walne zebranie członków spółdzielni to najwyższy organ jej samorządu. To tam wybiera się Radę Nadzorczą — ciało, które ma kontrolować Zarząd i reprezentować interesy mieszkańców. To tam głosuje się nad podziałem nadwyżki bilansowej, zatwierdzeniem sprawozdań finansowych, zmianami w statucie. Innymi słowy — tam rozstrzyga się, kto będzie pilnował wspólnych pieniędzy i w czyim interesie.
Żeby to działało, potrzeba jednej podstawowej rzeczy: że ludzie głosują świadomie, na kandydatów, których sami ocenili. Że mają choć minimalne pojęcie, na kogo oddają głos i dlaczego. Kartka, którą pokazujemy, eliminuje tę podstawową przesłankę całkowicie.
Wyobraźmy sobie typowego mieszkańca walnego. Przychodzi, bo dostał zawiadomienie. Nie śledzi spółdzielczych zawiłości na co dzień, nie zna kandydatów z imienia i nazwiska, nie wie, kto prowadził jakieś inicjatywy, a kto siedział cicho przez trzy lata. Jest po pracy. Chce głosować uczciwie, ale nie bardzo wie, na kogo.
I wtedy dostaje kartkę. Ktoś miły wciska mu ją przy drzwiach. „Proszę, tu mamy listę kandydatów." Brzmi pomocnie. Brzmi jak usługa. Jak życzliwy sąsiad, który ogarnia za innych. Mieszkaniec patrzy — są nazwiska, są obszary, jest porządek. Głosuje zgodnie z kartką. Wychodzi z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Problem w tym, że właśnie zagłosował nie na kandydatów — ale na listę kogoś innego. Kogoś, kto tę kartkę przygotował, wydrukował i rozdał. Kogoś, kto przez chwilę przy drzwiach stał się jedynym informatorem dla dziesiątek osób.
Kandydaci wskazani na takiej kartce nie są losowi. Nie są to niezależni mieszkańcy z własnym programem i własnym zdaniem. Są to osoby dobrane pod konkretny klucz — posłuszeństwo. Ich rola w Radzie Nadzorczej sprowadza się do podnoszenia ręki w kierunku wskazanym przez jedną osobę, która całą tę operację koordynuje.
Rada Nadzorcza złożona z takich kandydatów nie kontroluje Zarządu — przykrywa go. Zamiast pytać o celowość wydatków, milczy. Zamiast żądać wyjaśnień przy podejrzanych przetargach, zatwierdza. Zamiast reprezentować interes tysięcy mieszkańców, reprezentuje interes jednej osoby — tej, która stała przy drzwiach z kartką.
Efekty tego układu są jak najbardziej finansowe i jak najbardziej namacalne. Wystarczy przejrzeć ostatnie lata — przetarg na zawory z jedyną dopuszczoną marką, strona internetowa za 22 000 zł. Każda z tych decyzji wymagała akceptacji — albo przynajmniej braku sprzeciwu — organu, który powinien pilnować, żeby pieniędzy mieszkańców nie wydawać byle jak.
Można by powiedzieć: „no ale przecież mieszkańcy sami zdecydowali — nikt ich nie zmuszał." Technicznie tak. Nikt nie przykładał pistoletu do głowy. Ale manipulacja nie musi być przymusem, żeby być manipulacją. Wystarczy, że ktoś ograniczył dostęp do informacji i w tym samym miejscu podstawił własny wybór pod postacią pozornie neutralnej pomocy.
To dokładnie ta sama technika, którą stosuje się w każdych wyborach, gdzie chodzi o utrzymanie władzy przy minimalnym nakładzie pracy. Nie walczysz z wyborcą — ty wyręczasz go z myślenia. A on wdzięczny wychodzi z poczuciem, że coś zrozumiał i wybrał świadomie.
Wiedza to pierwszy krok. Jeśli wiesz, że taka kartka istnieje — możesz ją zignorować. Możesz poczytać o kandydatach wcześniej, zapytać sąsiadów, sprawdzić, kto przez ostatnie lata cokolwiek zrobił dla swojej nieruchomości. Możesz też sam kandydować — bo Rada potrzebuje ludzi, którzy mają własne zdanie i nie boją się go wyrażać.
Ale wiedza to za mało, jeśli mechanizm pozostaje nienaruszony. Dlatego warto zadać głośno pytanie: kto drukuje te kartki, kto je finansuje i kto stoi przy drzwiach? To nie jest kwestia prywatna. To kwestia tego, jak zarządzany jest majątek kilku tysięcy mieszkańców.
Masz pytania lub chcesz się podzielić informacjami? Napisz do nas →